Tytual - Wakacje, za które Ci zapłacą z samolotem w tle

Rozpoczął się sezon wakacyjny, warto więc poruszyć temat, który dla jednych automatyków jest złem koniecznym, a dla innych wybawieniem – delegacje. Z pewnością porównanie wakacji z wyjazdem służbowym może być dla wielu z was kontrowersyjne, chciałbym w tym wpisie pokazać, że nie muszą być one tak straszne, jak je niektórzy malują.

Chociaż mam już prawie trzydzieści siedem lat, nigdy nie byłem na prawdziwych wakacjach. Mam na myśli takie, gdzie w wygodnym hotelu opalamy się całymi dniami przy basenie, popijamy dobry alkohol i świetnie się bawimy z nowymi znajomymi. Nie widzę nic złego w takim sposobie spędzania wolnego czasu. Jest to raczej kwestia preferencji i jeśli już mam wybrać się w nowe miejsce to wolę zobaczyć, jak wygląda ono od kuchni, obserwować mieszkańców innych krajów w pracy i poznać ich życie codzienne.

Życie na innych kontynentach

Obecny kontrakt daje mi możliwość pracy na innych kontynentach. W zeszłym roku spędziłem dwa tygodnie w Chihuahua (Meksyk) i cztery tygodnie w Manaus (Brazylia). Wbrew temu co się o Meksyku słyszy, nie spotkało mnie tam nic niepokojącego, a wręcz przeciwnie. Po ludziach widać było, że są biedni, ale otwarci i przyjaźni, aczkolwiek widok ochroniarzy przeszukujących każdego klienta przy wejściu do pubu czy dyskoteki daje do myślenia.

Chociaż kraj karteli narkotykowych będę pamiętał ze świetnej zabawy i pysznego jedzenia, to w Manaus doznałem najgłębszego przeżycia, w całym moim życiu, a przez pierwsze trzy tygodnie nic na to nie wskazywało. Już po przylocie uderzyło mnie gorąco i zapach rozkładających się roślin. Manaus to miasto leżące w środku amazońskiej dżungli, do którego można się dostać jedynie łodzią lub samolotem, panuję więc tam równikowy klimat. Ceny towarów są wysokie odpowiednio do trudności ich transportu, do tego należy dodać cła nałożone przez państwo i w efekcie wszystko poza żywnością jest tam droższe niż w Irlandii, a ta również do tanich nie należy.

Trudne warunki

Te trudne warunki odbijają się na ludziach. Bieda biła po oczach i nie było tutaj wiele miejsca na otwartość, chyba że ktoś liczy na krótkotrwałą przyjaźń prostytutek. Dwa tygodnie męczyłem się tym widokiem, przemieszczając się między zakładem pracy, hotelem i pubami. W końcu zdecydowałem się odbyć rejs po Amazonce. Kąpiel z delfinami, obiad w restauracji na wodzie, odwiedzenie obozu rdzennego plemienia i zwiedzanie lasu deszczowego brzmiały bardzo obiecująco. I jeśli dla kogoś stanie na platformie w kapoku, żeby strzelić sobie selfie z delfinem zwabionym martwymi rybami jest pływaniem z delfinami, to mógłby się bawić świetnie. Mi się niestety nie podobało. Z całej wycieczki wyniosłem jednak słowo, wypowiedziane przez wodza odwiedzonej wioski, który po portugalsku opowiadał o rytuale stawania się mężczyzną w ich plemieniu. Nie rozumiem nic z portugalskiego, ale ten jeden wyraz odbił się echem w mojej głowie i przywołał wspomnienie rozmów o psychodelikach z moim przyjacielem Adamem – Ayahuasca. Zrobiłem mały wywiad z przewodnikiem, poszukałem trochę w Internecie i tego samego dnia byłem umówiony na ceremonię u miejskiego szamana.

Ceremonia Ayahuasci

Opis na stronie internetowej i tutaj był daleki od rzeczywistości. Świątynia szamana przedstawiona na zdjęciu, okazała się być zwykłym, rozpadającym domem, jakich wiele w Brazylii. Po cudownym rejsie wzdłuż Amazonki śmiałem się w duchu, że pewnie Ayahuasce dostanę w plastikowym kubku. Plastikowego kubka nie było, ale była za to plastikowa butelka.

Plastikowa butelka z Ayahuascą

Szaman podał mi napój, pokazał toaletę i miejsce do wymiotowania, a na wiszącym na ścianie zegarku wskazał, o której mikstura zacznie działać. I zaczęła działać już po około trzydziestu minutach. Jak się wkrótce okazało sytuacja, w której się znalazłem była dla mnie bardzo stresująca. Moja uwaga zawęziła się na tyle, iż nie zdawałem sobie sprawy, że to co wydawało mi się wcześniej zwykłym ogrodem, było krawędzią dżungli. Wraz z rosnącą mocą magicznego napoju coraz wyraźniej słyszałem dźwięki zamieszkującej ją zwierząt i muzykę owadów, która w pewnym momencie była tak głośna, jak głośno jest na Przystanku Woodstock. Zdjąłem wiec buty i skarpetki by lepiej poczuć ziemię i ruszyłem w głąb dotykając rękoma kory drzew, by w końcu położyć się na ziemi i oddać w ręce natury.

Zmiana perspektywy

O samym doświadczeniu mógłbym pisać długo i z pewnością jeszcze napiszę. Puentą tego wpisu jest to, że zmiana perspektywy wywołana Ayahuascą zupełnie odmieniła to jak postrzegałem wcześniej Manaus. Smród rozkładających się roślin stał się zapachem cyklu życia, który poczułem tam mocniej niż gdziekolwiek indziej. Nie odstraszała mnie już dzikość ludzi, tak naturalna dla ich środowiska. A dualistyczny obraz Manaus, który z jednej strony pokazuje brudne, kapitalistyczne miasto, z drugiej zaś mistyczne piękno natury, stał się dla mnie doskonałą całością.

To bycie automatykiem dało mi możliwość odbycia takiej podróży i za to również kocham swój zawód. Największą wadą wyjazdów służbowych jest to, że nie mogłem zabrać ze sobą swojej rodziny. Mimo trudu jaki niesie ze sobą brak najbliższych, warto jednak rozejrzeć się co możemy wynieść dla siebie z danej sytuacji. Liczy się to zarówno delegacji, jak i każdej innej sytuacji w naszym życiu.

Jeśli podobał Ci się ten wpis i chciałbyś mi pomóc w rozwijaniu bloga, powiedz o nim swoim znajomym i udostępnij na mediach społecznościowych. Dziękuję!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *